czwartek, 10 września 2015

Habibi

is arabic, not kurdish, not turkish. Turkish is layli!
odpowiada Kurd na pytanie, czy śpiewana przez niego fraza oznacza to samo, co tureckie "habibi". 
Nie mówimy po turecku, jak nie musimy, jesteśmy przecież Kurdami! Po arabsku się modlimy, jeśli się modlimy.
Że mam do tego kraju sentyment, było wiadomo - belly dance w tańczonej przeze mnie wersji wszak jest tureckie. Ale że aż lajli, habibi, że zakocham się szaleńczo, wpadnę po uszy - tego nie przeczuwałam nawet wtedy, kiedy płaciłam jedną lirę za kubek soku wyciskanego z mandarynek na ulicy w Stambule. A bakcyl - może dżin? - wtedy właśnie musiał się zagnieździć. Moja i tak już ciążąca ku Azji dusza została przywiązana do Kurdystanu.
Śpiewamy albo o miłości, albo o wojnie - very good singer poproszony o wyjaśnienie, o czym śpiewa, jest lekko zdziwiony pytaniem. Albo o jednym i drugim jednocześnie. Inne tematy nie istnieją.
Przez wszystkie dni wyprawy zachodnią muzykę słyszałam raz – w dużym sklepie w dużym mieście, mister lover-lover.
W autobusach, busach, sklepikach – tureckie i kurdyjskie pieśni. Nie tylko z radia czy płyt. Oni śpiewają zawsze, wszędzie i znienacka. Sami do siebie. Improwizują dwie-trzy frazy, albo ciągną przez pięć minut. Powtarzają tureckie przeboje albo wyśpiewują w duecie tradycyjne, stare, przedpotopowe – to akurat określenie jest geograficznie adekwatne – kurdyjskie melodie. Poproszeni o koncert nie krygują się, tylko śpiewają. Zaczynają znanym tekstem, potem improwizują zależnie od słuchaczy i sytuacji. O Araracie, o Polsce, o pogodzie.
To miejsce (ok 2500 m n. p. m.)wskazują jako opisane w Rdz 8,4.Tu jeszcze kilka sezonów temu były prowadzone wykopaliska. rekonstrukcje dla turystów tworzone są w innym miejscu. Fotografowanie gór przestaje mieć sens. Ich piękno jest nieutrwalalne.
 
Kurdyjski jest prawie jak polski: nie ma i sześć mówi się zupełnie tak samo, ze śmiertelną powagą najmłodszy z naszych przewodników zaczyna nas uczyć. Do dziś zapamiętałam tylko spas – dziękuję. No i sar – wojna.
Pokażcie mi dwu Irlandczyków poniżej siedemdziesiątki rozmawiających na co dzień po gaelicku. Konia z rzędem za to nie będzie, bo konie pożyczyli partyzanci. Wszyscy jesteśmy partyzantami, albo im pomagamy. Niektórzy pomagają ze strachu. Albo konie uciekły do domu? A może są po drugiej stronie góry, i wrócą za rok? Big problem...zamyśla się nasz kucharz, autor najlepszej jajecznicy na świecie. A może konie się po prostu znajdą, jak krowa kuzyna? Ale taka krowa co nie daje mleka.
W podzięce partyzanci zostawili w obozie starannie wymalowany kamień, w barwach narodowych i z symbolem bojówek. Dzieło fotografuję następnego dnia, po aklimatyzacji. Na 3350 m n.p.m. podejście do kamienia 5 m nad obozem wywołuje masakryczną zadyszkę.
Dlatego siku schodzimy nieco w dół, do wyschniętego strumienia. Z pustym pęcherzem lżej podejść do namiotu jadalnego.
Park narodowy w wersji wschodniotureckiej: toilet is everywhere, instruuje nas przewodnik.
Śmietnik też, jak się okazuje - powiew Zachodu w postaci zużytych plastikowych i papierowych naczyń zostaje upchnięty w foliowe worki i ukryty za kamieniami. Następna grupa użyje tego na rozpałkę do ogniska, jak zacznie marznąć - tak jak my. I przy tym ogniu będą słuchać o wojnie albo o miłości dżanodżano, jakkolwiek to się pisze, lajlilajli i saraasaraa. Pokonuję własną technofobię i nagrywam audio na komórkę. Po powrocie pierwszą muzykę inną niż te nagrania odpalam dopiero 9 dnia. Uzależnienie.
*
- Nigdy nie chodziłem do szkoły - stwierdza poprawną polszczyzną, na którą właśnie przerzucił się z rosyjskiego (bo Natasza po angielsku rozumie co drugie słowo) nasz główny opiekun, przewodnik i wielki organizator. Mamy XXI wiek, facet lat 30, jest obrotny, poza sezonem można u niego zjeść prawdziwy kebab, współprowadzi firmę trekkingowią w UE, w prowincji Van ze współpracy z nim żyje jakieś 40-50 osób. Swobodnie porozumiewa się po angielsku, polsku, rosyjsku, turecku i – oczywiście - po kurdyjsku. Informację tę przyjmuję z przymrużeniem oka, koleś jest dla mnie mistrzem przedsiębiorczości, zaradności, przeliczania walut w pamięci i otwartości na innych, niezależnie od ich kultury, narodowości czy języka. Żonę ma Europejkę, protestantkę. Sam jest z tradycyjnej rodziny muzułmańskiej. Ale tacy z nich islamiści, jak z przeciętnych Polaków katolicy. Nie jedzą wieprzowiny, nawet żelatyny w cukierkach. Ramadan, zakaz alkoholu i modlitwę kilka razy dziennie traktują więcej niż elastycznie. Palą jak kotłownie, co niestety kończy się popalaniem przez Brownie, która (znowu) rzuciła. Fakt - ten ich tytoń śmierdzi jakby mniej.
- Kurdyjskiej szkoły nie było, do tureckiej miałem chodzić, ale partyzanci ją spalili. A jak rząd przysłał nowego nauczyciela, to już nie poszedłem. Bracia chodzili.
- To jak nauczyłeś się pisać i czytać?
- Od Boga.
- W szkole koranicznej?
- Nieee, Koranu też się nie uczyłem, ale czasami chodziłem, bo tata kazał. Mój tata jest bardzo poważny.
Poprzedni wieczór, poza słuchaniem śpiewów, spędziłam na dyskutowaniu z przewodnikami o polityce. Po angielsku, polsku i rosyjsku, a także rękami. Stąd informacja o braku formalnego wykształcenia u tak świadomego i – po prostu - mądrego człowieka - nieco mnie szokuje. (Po powrocie przeprowadzam dyskretną weryfikację. Prawda. Źródło potwierdzenia jest nieco skonfundowane, że brak świadectw, egzaminów i tytułów wyszedł na jaw). A ja, ze swoimi dyplomami w szufladzie i przewlekłym brakiem stałego zatrudnienia .....
 
Siadam na kamieniu i patrzę. Nie że na coś, patrzę po prostu.
Uczę się od nich.
 
 
 

czwartek, 2 kwietnia 2015

Burdens

Każdy ma takie trudy, na jakie zasługuje.
Zatem pewnie nie starałam się zbyt dobrze, bo w sumie wszystko jest jak należy. Nie ma wojny, mam chleb, dach nie przecieka, dzieci do szkoły boso nie chodzą.

Ale z drugiej strony musiałam coś nabruździć, bo budzą mnie nocne napady paniki. Śnią mi się koszmary - tym gorsze, że prawdziwe: ze wspomnień. Wraca strach, że będzie skrzypiący wózek, koza, most. Korporacja bowiem ma własne kaprysy. Za kryzysy oberwało się matce-polce. Mało eleganckie, ale co tam. Świat jest duży. Pobolało, przestało.

Wobec gazowni, elektrowni i wodociągów prowadzę grę w chowanego. 

Znów rozdroże, szukanie pracy, paniczne obserwowanie jak topnieje niewielka górka zapasów.
A jeszcze plany...

Czy ktoś nie chciałby mi płacić po prostu za to, kim jestem?


sobota, 28 marca 2015

Devil wears Prada

Dawno, dawno temu...
A może nie - po prostu w innym czasie, w innym mieście, w innym stanie umysłu - ale czy na pewno innym? - siedziałyśmy, nie do końca legalnie, na klasztornym strychu, na który wymykałyśmy się z internatu.
Wlazik i ja. Ja i Wlazik.
Taka ksywka.

Jeden z przykładów na starą tezę, że prawdziwa więź przyjaźni niezależna jest od faktów, życiowych wydarzeń i geograficznych odległości. Można się nie widzieć lat 20, nie rozmawiać 10 czy 12, a spędzić całą noc na rozmowie tak, jakby ten strych był wczoraj, i tylko błahostka przerwała nam fascynujący wątek. Rozmowie o rzeczach ważnych, nie o życiowych faktach (niczego dramatyzmowi codzienności nie ujmując), o tym, co konstytuuje byt - w codzienności i wieczności.

Potem znów przerwa, na zmiany w życiu, i jednak coraz więcej odczuwalnego braku, tęsknoty za więzią. Nomen-omen.   

Umawianie się na nocne długie rozmowy w okolicy stolicy to coś, czego nie lubię, nie rozumiem, nie akceptuję. Jak tu się umawiać na "za miesiąc"? 

Ale śledzę. Zaglądam na jutuba. Słucham. Czytam. Może nie w Tacones Lejanos, wszak medium to ideologicznie rozbieżne, ale już w Powszechniku Tygodniowym czy na blogu - tak. Oraz krytyki - męskie - w KAI.

I zastanawiam się, dlaczego na te teksty nie ma szerszego odzewu. Dyskusji ogólno--- społecznej, krajowej, kościołowej, w ogóle ogólnej.

Wiem dlaczego.
Bo nawóz historii.
Bo spory akademickie o diabłach i aniołach na czubku szpilki. A przecież ludziom  (kobietom!) bardziej potrzebne kartofle i masło.
Przypomina mi się rysunek - także niestety z Wysokich: kobieta siedzi na gałęzi, którą sama, własnoręcznie, klasyczną piłą zębatą od pnia odcina. I podpis: jak ja nie cierpię feministek. Tak mówią kobiety, które chodzą w spodniach. Rozwodzą się. Albo nie. Głosują w wyborach. Albo nie. Jeżdżą samochodami. Albo nie. Z własnego wyboru. I z własnego wyboru nie lubią feministek. Tych, dzięki którym ten wybór mają.
Wiadomo, feministki są złe. Mają wąsy, garby i pragną krwi niewinnych (na przykład nienarodzonych). Oraz winnych (na przykład mężczyzn).

A to dokładnie tak, jak z chrześcijaństwem.
Feminizm nie jest religią, ale ma wiele odcieni, denominacji, nurtów i idei.
Chrześcijanie to nie tylko katolicy czy luteranie.
Feministki to nie tylko lewicowe odgryzarki penisów.

Zaś bierność kobiet w sprawach opisywanych przez Halkes, Melonowską, Adamiak, a nawet - tak, ja to piszę! - Graff czy Chutnik, przypomina mi scenę z Devil wears Prada. Pamiętacie? Meryl Streep uświadamia Anne Hathaway, że - chcąc nie chcąc - żyje w pewnej - obiektywnej - rzeczywistości symbolicznej.
  
- Coś cię śmieszy?
- Nie, nic z tych rzeczy. Po prostu dla mnie oba paski są identyczne. Dopiero uczę się o tych rzeczach.
- "Tych rzeczach?" Myślisz, że to nie ma nic wspólnego z tobą. Ty idziesz do swojej szafy i wyciągasz...na przykład ten niebieski, grudkowaty sweter, bo chcesz przekazać światu, że jesteś zbyt poważną osobą, by zwracać uwagę na to, co na siebie zakładasz. Lecz nie wiesz, że ten sweter nie jest po prostu niebieski. Ani turkusowy, ani lazurowy. Można by rzecz, że jest modry. Ponadto, żyjesz sobie słodko z niewiedzą, że w 2000 r. Oscar de la Renta stworzył kolekcję modrych sukni. Później był Yves Saint-Laurent z modrymi, wojskowymi kurtkami. Następnie modry zagościł w kolekcjach 8 projektantów. Kolor ten przeniknął domy towarowe. Nagromadził się w jakimś dramatycznym zakątku, a ty wyłowiłaś go z kosza wyprzedaży. Jednakże, ten kolor symbolizuje miliony $ i dużo miejsc pracy. Zabawne, że twoim zdaniem dokonałaś wyboru, który wyłącza cię z branży mody, kiedy prawda jest taka, że nosisz sweter wybrany dla ciebie przez ludzi z tego pomieszczenia... spośród sterty rzeczy.

Z całą moją miłością do Justyny i Jej idei, z całym podziwem dla Jej odwagi (tak! bo krytykować w Polsce JPII, pozostając całym sercem, a także formalnie, w Kościele, to jest ODWAGA), porównanie to nie ma umniejszać Jej walki z zapyziałym patriarchatem i bezrozumną czołobitnością wobec - nieznanych wszak - wątków teologii, a jedynie tchnąć - we mnie zapewne przede wszystkim - nadzieję, że Jej akademickie postulaty zostaną ideami tak obecnymi w rzeczywistości, jak powietrze. Jak grudkowate swetry. Jak prawo do założenia spodni czy do głosowania.
Amen.

środa, 14 stycznia 2015

I wanna hold your hand...

Nie wiem, jak było w czasach The Beatles, ale zima jest. Wieje. Pada. Paskudnie.
Od miesiąca z okładem każdy normalny człowiek nosi rękawiczki. Nie tylko, gdy nurkuje.
Nadszedł jednak czas, kiedy i latorośl, gdy nikt nie widzi, zakłada czapkę i rękawiczki. A nawet używa - olaboga - kremu.
Nie tylko on. Skóra schnie.
- Czy my mamy, kochanie, jakiś krem do rąk?
Patrzę: sztuka kremu do rąk jest w każdej mojej torebce. Na biurku. Na nocnym stoliku. Na komódce Małego Człowieka. Obok zlewu kuchennego. W pralni. W przedpokoju. Koło umywalki.
Ruszam zatem na wyczerpujące poszukiwania jakiegoś kremu. 
Przynosi ulgę, ma tylko jedną wadę: pachnie.
Wnioskuję zatem do P.T. producentów o uruchomienie linii kosmetyków o zapachu, dajmy na to, smaru. Albo zużytego oleju silnikowego.
Możnaby go sprzedawać jako afrodyzjak randkowy. Do podrywu.
Nie wypada wszak dotykać kobiety dłońmi o skórze szorstkiej i spękanej.
Zapach rzeczonych utensyliów mógłby sugerować wybrance, że macho jest macho, i potrafi wiele. Auto naprawić na przykład. 
O!
Któż się oprze macho z samochodem własnej naprawy?!
Jest tylko pewne niebezpieczeństwo. Babska zdolność do nadinterpretacji i życzeniowego traktowania stricte, nie owijajmy w barchany, seksualnych sygnałów, gotowa doprowadzić niejedną młódkę do złudnego przekonania, że właściciel miękkich dłoni potrafi także pralkę obsłużyć. Albo odkurzacz. Zmywarkę...    
I oszustwo matrymonialne gotowe. 
Ja to wiem.

Pralka gabarytów wielodzietnych, z suszarką, zakończyła bowiem żywot równo z gwarancją. A w każdym razie zakończyła działanie w paśmie akustycznego komfortu. Wyjechała z pralni i służy nam od pół roku (przypomnieć zatem już czas....) za stolik/półkę/szatnię. Zadziwiające, jak taka pralka może wpłynąć na zwyczaje rodzinne i powstawanie odruchów komunikacyjno-lingwistycznych. Widział ktoś gdzieś moje klucze/dokumenty/bluzkę/zeszyt/portfel/pieluchy/krem do rąk/picie Małego/buty?..... Na wszystko jest jedna, odruchowa, naturalna odpowiedź: Sprawdź na pralce!
Ale ad rem:
Pan Oficer przytargał zatem praleczkę kawalerską, niewielką, zdaje się używaną (w brudnym nie chadzał). Znaczy, prał. Znaczy, bosko.
Jednak, padłwszy niebacznie ofiarą oszustwa quasimatrymonialnego - mimo braku zapachu smaru na dłoniach - po miesiącach używania pralki kawalerskiej do celów rodzinnych usłyszałam z otchłani pralni dramatyczny apel właściciela: 
- Misiuuuuuu, pranie trzeba zrobić, nie wstawaj, powiedz tylko jak nastawić pralkę!

Kurtyna

A, nie... Jeszcze nie. 
Informuję, że proszek do białego to ten z napisem W H I T E.



piątek, 14 listopada 2014

Godzilla kontra McŚwiat

A także kontra mamina bielizna w szufladzie, książki na półce, i rysunki Królewny i Juniora na ścianie.
Kontra kontrze niemalże.
Dżihad kontra Godżilla.
Jestem zmęczona. Mały Człowiek 1 listopada postawił pierwszy krok, do świętości. Maminej.
Jeden mały krok człowieka, wielki krok ludzkości.
A potem już pooooszło. Czy raczej pobiegło.
Wolę chyba dzieci chodzące jak Kiwaczek (Czieburaszka?!), prawo-lewo, majestatycznie, ostrożnie, na pulchnych niemowlęcych nóżkach - grubo po skończeniu roku.
Ćwiczenia z cierpliwości mam zaliczone z nawiązką. Mały Człowiek zyskał przydomek Tadżilla, zamiast Centylka.
Małe toto, chude, ale bateryjki samoładujące napęd dają godny pershinga i zasięg skuda.
Jestem zmęczona.
Uregulowany mam tryb życia, przewidywalny jak monsun: przeczytam dwie strony książki – zbieranie makaronu – pół strony odrobionego przez Juniora zadania – łapanie spadających przedmiotów – 30 min drzemki (w co tu szybko, matko, ręce włożyć, może pazury zdążę polakierować) – pranie – plucie kaszką, wolę mamo cytrynę z herbaty wcierać sobie we włosy – dwie strony zadania – Tadżilla oddaj podręcznik, podrzyj sobie gazetę, zobacz, fajna, kolorowa gazeta…..
Dlaczego dzieci gardzą prasą kolorową? Przecież to nie Fakt czy Wybiórcze Obcasy?!
Przeraża mnie, że do tej regularności dojdą nieprzewidywalne korki na trasie dom-żłobek – praca-sala szkoleniowa – dom oraz wspierająca polityka prorodzinna korporacji (w reklamie korpo ma uśmiechnięte stadko typu 2+2, wszyscy z implantami w kolorze śniegu) pod hasłem „albo przywileje dla matek z kodeksu pracy albo praca, na twoje miejsce jest….” oraz państwa: zero publicznych żłobków w całej gminie. Ani jednego, ostatni zamknięto w czerwcu, zaraz po uruchomieniu programu Karta Wielkiej Rodziny. Wiadomo, rodzinie z 4 dzieci bardziej przyda się rabat do Almy i jubilera Kruk niż żłobek za mniej niż 1200 zł. Logiczne.
Chyba jestem w tym okresie życia, kiedy następuje kompletne zmęczenie potomstwem własnym, a pokłady miłości, cierpliwości i czekolady przeznaczone dla wnuków jeszcze się nie zmagazynowały.
Będę wredną babcią, czekoladę sama zjem. A co!
Należy mi się za te czerwone stringi w których – na głowie – Tadżilla paradował ze dwa dni temu i nie chciał oddać? Należy!

czwartek, 2 października 2014

są stosunki małżeńskie oraz akty nierządne

Akt III dramatu, nieostatni.
Akt małżeński, jak się seks powszedni zowie w żargonie religijno-kościołowym.
Nie będziemy Casanovy zapraszać w gości. Skupimy się na zwykłym, porządnym życiu.
Ilu małżonków jest świętymi? Miliony zapewne. Kanonizowanymi formalnie? Nie z tych, co to książętami wstydliwymi i wdowami po klasztorach zamkniętymi byli, tylko takich zwykłych, baraszkujących w łóżku a może i na sianie, płodzącymi dzieci i całującymi się w usta?
2.
Dwoje. Po jednym statystycznie na tysiąc lat trwania chrześcijaństwa. Słabo.
Czekam zatem na synod.
Nie, nie łudzę się co do rewolucji, choć reformę widać na horyzoncie.
Media relacjonują, że w Kościele, choć nie jest, wiadomo, demokratyczny, dopuszcza się do głosu wiernych. To my, uczyła katechetka, jesteśmy Kościołem.
Ponadto te same media, sensacyjnym tonem, donoszą, że wśród tabunów purpuratów – z założenia celibatariuszy, mających debatować nad kondycją rodziny, z założenia – niecelibatowej, zaproszono do dyskusji 15 par świeckich.
Jest postęp w tym szaleństwie.
Mowa o dyscyplinie, sakramentach, zagrożeniu, i że ludzie nie chcą brać ślubu, ale do komunii chodzić chcą. Tak na chłopski rozum: ja też.
Że też mam swój rozum i też chcę.
Mam swoje powody i – jednak – pokorę wobec zasad.
Ale mam także nadzieję, i jeszcze nie umarła, póki my żyjemy.

środa, 10 września 2014

Niezwyciężony - reaktywacja

W nawiązaniu do korelacji błony dziewiczej z duchowością.
W greckim, czy to trychotomicznym, czy dualistycznym opisie człowieka ciało, oraz dusza (psyche) i/lub/albo duch (pneuma) pozostawać mają w równowadze i harmonii.
Świat dzisiejszy ma problem ze wszystkimi elementami. O ile ciało jest dość łatwe do odróżnienia od – magmowato pozlepianych duszy, ducha, psychiki i intelektu, to w obsłudze łatwe nie jest.
Ciało ma być na pokaz, wszak w zdrowym ciele zdrowy duch, mniejsza o ducha, ale zdrowe ciało świadczy o posiadaniu wszystkich klepek na miejscu. Ciało zatem albo się głodzi, albo przekarmia, albo plaszczy dupą na kanapie, albo morduje na siłowni i w ultramaratonie.
Ciało jest śmiertelne, ale kto by sobie dupę, pardon, głowę, tym zawracał, pomyślimy o tym jutro.
Po to wszak mamy do ciała doczepiony umysł.
Intelekt napychać należy różniczkami (wiadomo, potrzebne przy wydawaniu reszty gdy kupujesz kartofle) i życiorysem Gagarina (serio! w III klasie powszechniaka), nie dając narzędzi do samodzielnego myślenia. Jeszcze by jeden z drugim coś naprawdę wymyślił, i byłby kłopot.
Miliardy z moich podatków są marnotrawione przez system edukacji, a 99% obecnych przedmiotów – nie podmiotów wszak – obróbki mózgów będzie używało umiejętności czytania (pisanie niekoniecznie) głównie do obsługi smartfona. Wiem, wiem, koniec z Jankiem Muzykantem, mamy edukacji powszechność (czytaj bezwzględny obowiązek, niezależnie od chęci, potrzeby czy uzdolnień), jej równość (czyt. równanie w dół) i darmowość (czyt…. nie, to miało być w pozwie o alimenty). I jeszcze szkoła ma prawo do organizowania życia rodzinnego. To niedopieszczona pani od historii, za gruby pan od muzyki z tłustą grzywką i kostyczna matematyczka decydują, co będzie robić moja rodzina popołudniami i wieczorami.
Wolałabym już chyba dyktat tefałenu. 
A jednocześnie wydaje się naukowo udowodnione, że człowiek może wszystko, byleby tylko – sfinansowany w procesie edukacji i rozwoju z prywatnych, nie publicznych funduszy – geniusz, niechby i amerykański, złamał kolejne tajemnice i odkrył klucze DNA, dna i dny.
Ducha generalnie, wiadomo, nie ma.
Jest dusza, zwana potocznie psychiką, podlegająca ugniataniu jak plastelina – coachingi, terapie, warsztaty, rozwoje osobiste i ezoteryka, a nawet urynoterapia holistyczna. Nie jest łatwo mieć oprócz ciała i duszę.
Duch bywa. Ośmieszony do granic możliwości w helloween. Bo go nie ma przecież, dzieci z 6 b wywoływały w toalecie po matmie i się nic nie działo. 
Pomylony, wstrząśnięty i zmieszany z psychiką leży bez tchu na kozetce. Psycholog drenuje mu portfel.
Odesłany w niebyt, bo niemodny.
Wyłazi bokiem czasem, i wpada do kieliszka.
Albo pomylony na skutek pobieżnej analizy przekrzywionym mikroskopem z bakterią mordowany jest antybiotykiem czy tam homeopatią (nie mylić z homofobią).
Albo, poobijany i ogłupiały patrzy mętnym wzrokiem na wschód. Nie w góry, skąd pomoc, a w jakieś klasztory obwieszone odpustowymi wstążkami i terkoczącymi młynkami. Jest on, duch ten, zmuszony do założenia nogi na plecy i jedzenia tofu. Bo wiadomo, cebula, kapusta i reguła benedyktynów z naszej strefy klimatycznej to jakiś zabobon i dieta toksyczna. Tofu i koraliki to moc ducha, siła wewnętrzna i lekarstwo na śmierć. Amęt.
Czasem, jak czkawka po wódce, przypomina się duchowi znękanemu, że ma doczepione ciało, bez niego w sumie ani rusz. Tylko co z nim począć?
Na religii uczyli, że seks jest be. Chyba, że są dzieci.
W filmie momenty były, ale przecież trzeba spuścić wzrok.
Playboy napisał, że seks jest zajefajny, kumple ze studiów podają numer pokoju, gdzie dziewczyny za piwo. A koledzy z firmy wyliczają, ile kilometrów od domu kończy się zdrada a zaczyna… no właśnie, co?
Joga z tofu też nie lepiej. Albo tantra, jak przeżyć 17 orgazmów w trzy minuty powstrzymując wytrysk przez 6 godzin, albo wyrzeknij się pożądań i nie przedłużaj cierpień w kole samsary.
Czyli znów to samo.
Zwariować można.
A Grekom wydawało się to tak proste: harmonia.
Takie oczywiste, jak najbardziej przeze mnie znienawidzone z korporacyjnych oszołomskich zawołań: life-job balance.
Bull shit, jak mawiali samuraje.

sobota, 9 sierpnia 2014

Benedicta

Akt II
Dramatycznie nie rozumiem – o czym już było z tejże samej okazji – dzisiejszego kalendarza.
Dziś 9. Dzień wykładowczyni akademickiej, naukowca, filozofki. Odważnej kobiety, myślącej samodzielnie, ciężko pracującej. Habilitacji odmówiono jej z bardzo merytorycznej przesłanki: bo kobiety się nie habilitowały, i już.  
I cóż? I jest ona dla hagiografów dziewicą. Nie naukowcem/czynią. Nie filozofem/fką. Dziewicą. Czasem jeszcze zakonnicą i męczennicą. Sprawdzam w brewiarzu, w kalendarzu, w internecie.
Cały dorobek naukowy, duchowy, życiowy, zamknięty w, za przeproszeniem, jednym zakamarku ciała.    
To, czy realizowała swoją płciowość – seksualność – kobiecość praktycznie i aktywnie, nie tylko intelektualnie i społecznie, ale intymnie i w naturalnych (od Boga danych) relacjach, po ludzku mówiąc: to, czy uprawiała seks, czy miała stosunki, czy jej ciało pozostawało zamknięte kawałkiem błony, jest ważniejsze niż cały jej duchowy proces zmian, pięknie pokazujący w jakim związku i harmonii pozostaje intelekt z duchem, a psychika z duchowością.
Czy KRK nie mógłby trochę odpuścić lilijek niewinności i zastąpić je atrybutem książki, laptopa i mikroskopu?
Wszak Edyty droga ku wierze, ku mistycznemu przezywaniu relacji z Ukochanym, była drogą par excellence intelektualną, nie zabił w niej nowoczesnego ateizmu cud, tańczące słońce, wino w kadzi na wodę czy stygmaty. Zaczęła od Husserla, analizowała metodą dyskursywną Akwinatę, skończyła na Janie de Yepes.
Zakochała się w Bogu - z rozsądku.
Czy zamiast afirmować dziewictwo, niezrozumiałe i staroświeckie, nie lepiej pokazać kobietę-naukowca? Nie chodzi o chwyt marketingowy, tylko o prawdę wiary – nie taką podaną do wierzenia, tylko o prawdę o tym, skąd i czym wiara jest – a czym nie.
Że relacja z Bogiem to nie wiara w Boga (szatan i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą – też wierzą W Boga. Tak jak ja wierzę w istnienie Alfa Centaurii. I nic z tego nie wynika).
Że wiara to wiara BOGU, a nie W Boga, czyli: relacja i zaufanie.
Relacja to nie wiara. Wiara to nie religia. Religia to nie relacja. Duchowość to nie sentymenty, bo duch to nie psychika.
Nie, nie chodzi mi o to, że można do wiary kogo przekonać gadaniem, choćby i w naukowej nowomowie, trudnymi wyrazami ze słownika fenomenologii i postnowoczesnego egzystencjalizmu.
Wiara jest darem i łaską, których można wszak poszukiwać.
I w poszukiwaniach tych błona dziewicza w ogóle nie pomaga… nie jest też warunkiem sine qua non świętości, jak napletek lub jego brak nie warunkuje stanu łaski. Mężczyzn nikt nie pyta, czy rozsiewają własne DNA po drodze ku świętości.
U kobiet otwarta pochwa jest niemal równoznaczna z zamkniętą bramą cnoty. Nie o cnotę ściśniętych kolan chodzi. O hart ducha i prawość w życiu, także tym łóżkowym.
Wyrzeczenie się tego aspektu u mężczyzn jest występkiem i drogę na ołtarz zamyka,  co boleśnie niejaki Orygenes odczuł na swej biografii. Dla kobiet pójście za – nomen omen – czuciem woli Bożej, jak mawiała babcia, gdy starsze kuzynki strzelały oczami za chłopakami, jest może i naturalne i dobre, powołaniem jest rodzić, ale świętość formalnie potwierdzoną to wyklucza. Bo powołanie do rodzenia powołaniem wzniosłym jest, ale brudnym.    
Matka boska nie miała miesiączki (chyba że błękitną, jak w reklamie, i pachnącą rumiankiem), nie wiedziała w ogóle skąd się biorą dzieci (bo takowe przynoszą aniołki, nie mylić z niejakim Gabrielem) oraz nie karmiła piersią. Dziecko nie srało w pieluchy. No way.
Co na to Matka Boska? Ta Żydówka, wiecie która…

środa, 30 lipca 2014

Posłuchaj jeszcze raz, skąd wieje wiatr

A szum jego słyszysz
Duch wieje i pod wodą.
H2O jest substancją dziwną, wywleka na wierzch strupy wspomnień  i rozdrapuje lęki jak odzież wierzchnią z pawlacza przy zmianie pór roku.
A myślałam, że strach przed uduszeniem wyniosłam do kontenera peceka.
Jednak i tam, pod lustrem wody, choć ciśnienie i gęsto, wieje Duch.
Wystarczy rybie spojrzeć prosto w oko i wraca mistyczna, niezachwiana pewność, że Stwórca JEST.
Taka sama, jakiej doświadczyłam pewnego dnia jesienią 9 lat temu, siedząc w trzeciej ławce po lewej od ołtarza u dominikanów.
Hej, hej, Niezwyciężony, poznać się daj
 
Jak do każdego niemal przedsięwzięcia przygotowałam się do nurkowania: decyzja w mgnieniu oka, apotem konsekwentne przyswajanie wiedzy teoretycznej, nadstawianie ucha gdy praktycy rozmawiają, upór, determinacja, oszczędzanie funduszy.
Wiedziałam więc, że poza fizyką i fizjologią są jeszcze procesy w głowie: że czas płynie powoli, że myśli potrafią się wyłączyć, przejść w stan medytacji o niczym, że może być panika, ale i zaufanie, euforia, jedność z własnym ciałem, oddechem…
Ale nie spodziewałam się, że woda zogniskuje jak soczewka moje lęki, stereotypy i przekonania. Że to, jak pracuję i czego potrzebuję na powierzchni, że jestem graczem solo, a max moich możliwości zespołowych w sporcie – poza wspinaczką z asekuracją – to mieszany debel w badmintonie, że wyznaczanie małych odcinków i odnoszenie sukcesów i sukcesików, że….
Za dużo myślę. W wodzie w ogóle mi głowa się nie chce schłodzić.
Ale spojrzeć rybie w oko to jest coś.
I teraz, w oczekiwaniu na następne zanurzenia, co dzień budzi mnie już nie Pogodno, ale  Minerva Diaz Perez:
Go out and make it and do not fake it, it's up to you, dive in your life
Go your own way, forget the old days, do not run away, dive in your life
Mam teraz nowy, zupełnie rekreacyjny cel, jego chwilowa jasność zależy od przejrzystości wody.

niedziela, 20 lipca 2014

Bang-bang! That the awful sound...

Strach się bać.
Kręgi zbliżone do wojskowych twierdzą, że nie ma czego.
Ja wiem swoje.
Malezyjczycy mają pecha, o ile w ogóle istnieje coś takiego jak pech.
Duzi chłopcy się bawią zabawkami za miliardy, 300 osób w tę czy w tę, co łatwiej zrobić - czołg czy obywatela?

A ja?
Boję się. Wleźć pod kołdrę, czy spakować się i uciekać? 

środa, 9 lipca 2014

confíteor unum baptísma in remissiónem peccatórum

Et unam sanctam cathólicam et apostolicam Ecclésiam
etc. etc...
Który z określników jest najważniejszy?  
Mam problem z Kościołem.
Pewnie nie tak duży, jak on ze mną, ale jednak.
Może to nie tyle problem, ile całkiem bolesny dramat. I nie chodzi mi o bycie skrzywdzoną przez Kościół jako Instytucję na skutek moich własnych, coraz bardziej świadomych wyborów.
Po prostu dramat wiara vs struktura

Akt I.
 
 
Nie jestem rewolucjonistą, nie chcę być też reformatorem. Jestem człowiekiem, który pragnie jeszcze lepiej rozpoznać potrzeby Kościoła, do którego jestem posłany.

A co, Ekscelencjo Prymasie, jeśli potrzebą Kościoła, tego, który ma być żywy i w którym ja chcę mieć swoje miejsce, jest zmiana – reforma, nie rewolucja! – ale zmiana właśnie?
Niejaki Bergoglio, new pope – new hope, jest bardziej radykalny niż polski episkopat.
Może zbyt radykalny jak dla Frondy: skromny, ubogi nie tylko duchem, prosty, uśmiechnięty.
Bierze się za bary z biurokracją i finansowymi przekrętami, z przerostem formy.
Rozumie, że jeśli ma być znakiem w świecie współczesnym, to nie może być runą czy hieroglifem. Znak ma być prosty, czytelny i jednoznaczny. Co nie znaczy że prostacki czy łatwy w odbiorze. Odczytywanie znaków to wysiłek. Wszystko jednak ma granice, kto chciałby czytać po chińsku?
Trudno mi trwać w strukturze bez zastrzeżeń nie dlatego, że brak mi pokory wobec biskupów.

Brak mi szacunku dla hierarchów, którym brak pokory.

Brak mi także wytrwałości i cierpliwości do samodzielnego szukania tego, do czego podania mi został wyznaczony ktoś inny. Kazania i ogólny rys duszpasterski w kościele za rogiem nie zupełnie mi nie odpowiada. Nie podoba  mi się i już. Nie tylko mi. Parafia – kilkanaście tysięcy dusz, a nie pomnę – poza Triduum - mszy, na której zabrakłoby miejsc siedzących. W kościele rozmiarów kościółka wiejskiego. Wieś, w której nocuje po pracy w stolicy tysiące przedstawicieli tzw. nowej klasy średniej – ludzi po co najmniej jednych studiach, żyjących w świecie wyzwań emocjonalnych, intelektualnych, duchowych. Ludzi, dla których Kościół mógłby być miejscem rozwoju. Niestety, proboszcz przeoczył zmianę, nie zobaczył tych wszystkich zamkniętych osiedli w okolicy i aut z napędem na 4 koła – i duszpasterstwo nadal toczy się według modelu pracy wśród kilkuset dusz rolniczych, dwu mszy między serialami dla emerytek. Z całym szacunkiem do rolników i ich – ale nie mojej duchowości.

Oczywiście, mogę świętować dzień pański czterogodzinnymi wyprawami do Dominikanów, ale nie o to chyba chodzi w powszechności KRK i terytorialności wspólnot. Trudno, tak jakoś jest, że duch duchem, ale pożywienia także intelektualnego mu czasem trzeba, nie tylko rytuału i obrządku w stylistyce folklorystycznej, nie zawaham się użyć tego słowa: magiczno- bałwochwalczej, maryjności.

Ktoś zdiagnozował postawę hierarchii ( i nie tylko) jako syndrom oblężonej twierdzy. Albo ktoś siedzi w ciasnych murach z nami, albo oblega. Tak oblężonym dobrze i wygodnie w tym zagrożeniu, że nie zauważają wymykających się dziurą w murze. Wcale nie na stronę wroga, ani nie na własną. Po prostu – na wolność od zaduchu. A oblegający? Nie te czasy, oblegający się zniechęcają dość szybko, mają tyle ciekawszych rzeczy. Serial w TV choćby. Oblężeni jednak lubią być oblegani, nawet jeśli tłum wrogów to fatamorgana. Trzeba mieć wszak jakiś cel. Może być i fatamorgana, przed którą pod matki boskiej obronę.

Tylko która matka boska w Polsce jest najskuteczniejsza i najlepsza? Ta z Częstochowy, oficjalnie rządowa? Czy może ta z Opola, co to ją jeden książę drugiemu ukradł, bo wiadomo, jak Kali i jak Kalemu…Got mit uns, na Śląsku też.
Ta od ziół czy ta od różańca? Ta co pokazuje się na szybie czy na krzaczku?

Ciekawe, co na to Miriam, ta młoda Żydówka z nieślubnym dzieciakiem stojąca w kobiecej części synagogi… niejaka Matka Boska…

Jak zdiagnozowałyby choćby i feministki-żęderystki czy jakieś tam antropologinie, socjologinie kultury czy inne ideolożki schizofrenię matkoboskową, czy szerzej, niespójność patriarchalnego „ojciec rozwścieczony siecze”.
Przecież w całym chrześcijaństwie chodzi o bliskie relacje z Bogiem, z rozpędu judeochrześcijańskiego, męskoosobowym.
Bez pośredników, z pomocnikami ewentualnie. Ale w takim razie dlaczego ”się do matki uciecze”?
Jak rozwydrzona gimbaza „mamo, powiedz tacie, że mam pałkę z matmy…ale niech tata nie idzie na wywiadówkę, bo potem jest impreza, zapytaj tatę czy mogę iść do Kajtka, będę grzeczny, obiecuję…”

A poza tym niemęskoosobowo to w kościele można myć podłogi albo gotować na plebanii. Niemęskoosobowe jest gorsze, chyba że tę imprezę u Kajtka załatwi ze starym, to wtedy się postawi fotkę w niebieskim, z niemowlakiem, koło łóżka.


poniedziałek, 16 czerwca 2014

się wydawało

- Skąd masz dziecko? - pyta mnie jedna z tych kobiet, z którymi zawsze wchodzi się do tej samej rzeki, jakby rozmowę przerwało tylko wyjście na siku.
Po kwadransie wymiany faktografii wracamy do rzeczy istotnych, i jedynym zgrzytem jest jej pytanie o Pinkolę Estees. Ale co tam. W końcu widziałyśmy się troje dzieci temu, wliczając to przebywające aktualnie w jej brzuchu. Poza tym jest tak, jak się wydawało. Ludzie się nie zmieniają, kobiety też. Rozwijają się, niektóre dojrzewają. A ja osiwiałam.
Pięknie jest między nami* - jak zawsze.

Się wydawało, śpiewa siostra Wrońska.
Mnie też się wydawało. Dużo rzeczy...

Na przykład, że jak się nie łoży na utrzymanie dzieci, to się jest łobuzem.
Ale nie. Jest się sprytnym, mądrym i zapobiegliwym, że się babie dowaliło. Koledzy po pleckach poklepują.  A dzieci na zdjęciach są takie słodkie. W sam raz do chwalenia się sympatycznym koleżkom. O!

Czy też, że jak się jest matką, to się odzyskuje nieco mózgu. Ale nie. W kinie są specjalne seanse dla matek z dziećmi, w porze spacerku. Komedie romantyczne. No, ewentualnie melodramaty. Zatem poszłam sobie na wieczór autorski Autorki. I chociaż Mały Człowiek zachowywał się bardzo przyzwoicie (jak to dziecko matki z przerostem ęntelektualnego oglądu rzeczywistości) to jednak po kilku kuluarowych rozmowach typu "a moje to zostało z babcią/tatą/nianią/przywiązałam do płota" zaczęłam powoli rozumieć, że nie wypadało zabierać niemowlaka, choć temat bardzo był kobiecy. Że w zasadzie matką jestem w szkole, w kolejce do nieistniejącego gminnego żłobka, na placu zabaw i w Rossmannie gdzie z racji zakupów hurtowych mam zniżkę na pieluchy. Nie jestem matką dla pracodawcy - bo zasiłek macierzyński wypłaca mi ZUS, a przedstawienie w szkole to oczywisty pretekst żeby korporację oszukać, lenić się i działać na szkodę firmy, co mi chleb zapewnia.

I jak tu nie zostać feministką? Albo się jest matką zaszczutą, albo Szczuką.

Uparcie będę szukała piątej opcji. Bo tak.

* i niech tak zostanie przez następne dwudziestolecia.... i niech nie pozbędę się tego przeświadczenia, że całe życie jeszcze jest przede mną, jakiego nabyłam przed maturą



wtorek, 3 czerwca 2014

Deep blue(s)

Nie jest prawdą, jakobym nie pisała.
Szuflada elektroniczna się już nie domyka.
Pisuję także do gazet niepoprawnych, bo z okazji dnia matki Naczelna Feministka doprowadza mnie do rozpaczy i stanu kill'em all. Najbrzydsza Feministka natomiast zaczyna jakby myśleć logicznie i życiowo, co zasługuje na pochwałę (urody jej niestety to nie dodało). Najbardziej Denerwująca (mnie) Feministka też pisze, ale e-bookiem gardzi, więc nie czytam.*
Ad rem.
Piszę.
Dopadła mnie jednak skumulowana zaległa poczwórna depresja poporodowa, objawiająca się m.in. niemożnością zredagowania i wystawienia postów.
Objawowe leczenie czekoladą nie daje, panie doktorze, efektów. Co gorsza, mnie czekolada idzie jak zawsze w biust - skutkiem tego pozbawiam się prawa do głośnego wzdychania. Nieszczęśliwe bowiem mogą być jedynie matki-kaszaloty. Mnie nikt poważnie nie bierze, bo ja sobie zawsze poradzę. Taka nieracjonalna legenda miejska. A teraz i małomiasteczkowa.
 
Do dupy z tym wszystkim.
 
 
* Bywało już o nich drzewiej...Środa, Chutnik, Graff

Komunikat radiowy

Linki tytułów, paginy i marginesów w większości odnoszą się do YT. O ile jednak nie jest to belly lub nie jest to zaznaczone, walory wizualne nie mają żadnego znaczenia. Muzyka jest do słuchania, a oczy rozpraszają uszy :-) Wklejane pliki mp3 znalazły się w sieci metodą prasowania mojej własnej płytoteki. Miłego słuchania.